Oscary 2015 - podsumowanie


Jak co roku, gala wręczenia najbardziej prestiżowych nagród filmowych (nad ich jakością można śmiało dyskutować, jednak nie można im odmówić siły i rozgłosu, no i ciągle pozostają jedyną nagrodą filmową kojarzoną przez absolutnie każdego, nawet najbardziej niedzielnego widza) przyciągnęła przed ekrany miliony kinomaniaków na całym świecie. W tym roku jednak, było to wydarzenie wyjątkowe dla naszego kraju, bo polski film miał największą jak do tej pory szansę zostać laureatem w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny", co z resztą stało się faktem dokładnie o 3:10 naszego czasu. Nie powiem - gromko się ucieszyłem, ale był to jeden z nielicznych momentów, który mnie w tym roku zadowolił.


Na czerwonym dywanie było dość skromnie. Królowały biele i czerwienie, a oprócz Lady Gagi, która wparowała na galę w rękawicach do przepychania kibla, obyło się raczej bez modowych dziwolągów. Z pewnością, najapetyczniej wyglądała Anna Kendrick, która w minionym roku zagrała Kopciuszka w fatalnych "Tajemnicach lasu". Jej pąsowa suknia do ziemi idealnie podkreśliła seksowną figurę i choć nie jestem fanem jej urody - chętnie bym ją schrupał na oscarowym after party. Pięknie wyglądała również Rosamund Pike w Givenchym, i Zoe Saldana w nieco pogrubiającej, ale oddającej w pełni jej kobiecość sukni od Versace. Wśród mężczyzn było raczej nudno, ci którzy zdecydowali się przełamać czarno-smokingową klasykę bielą, w większości wyglądali jak pan młody na małomiasteczkowym weselu, a jedyni panowie, którzy zasługują na wyróżnienie to David Oyelowo z "Selmy" w odważnym burgundzie i zdobywca statuetki za najlepszą rolę męską - Eddie Redmayne. Co ciekawe, zarówno na dywanie, jak i na gali, zabrakło takich gwiazd jak Brad Pitt, Angelina Jolie czy Jennifer Lawrence. Chyba się poobrażali.


Po nieco dziwnych i momentami dłużących się skeczach hostującej rok temu Ellen Degeneres, Neil Patrick Harris był wczoraj częściej za kulisami niż na scenie. Jego występ można nazwać bardzo skromnym, przygotowane dla niego żarty suchymi (biedny, aż sam się czerwienił ze wstydu), a z piosenki którą śpiewał w broadwayowskim stylu, pamiętam tylko świetnie przygotowaną wizualizację w tle. Nie byłbym zdziwiony gdyby jakaś osoba nieinteresująca się Oscarami, po obejrzeniu tegorocznej gali zapytała, kto ją właściwie prowadził.

Jako pierwszy po statuetkę powędrował J. K. Simmons. Nie ma co gadać - zasłużył sobie i jestem z tego powodu bardzo zadowolony, jednak była to kategoria, na która miałem wyjątkowo w tym roku wyjebane, bo absolutnie każdy nominowany popisał się genialnym występem i cieszyłbym się bez względu na to kto by po statuetkę podreptał. 

Nieco inaczej było w tej samej kategorii dotyczącej kobiet. Tutaj faworytka była jedna i wkurwiłbym się gdyby Arquette Oscara nie dostała. No sorry, ale Emma Stone, która w "Birdmanie" wygląda jak Avril Lavigne i popisuje się tak naprawdę jednym, minutowym kazaniem, albo Keira Knightley kolejny raz dublująca swoje role to żadne przeciwniczki.


Oprócz Arquette i Simmonsa, były jeszcze tylko dwie nagrody rozdane bez większych niespodzianek. Pierwsza to ta dla Julianne Moore za rolę pierwszoplanową w "Motyl Still Alice" - bardzo zasłużenie, a druga dla najlepszej piosenki, czyli "Glory", którą zaśpiewał John Legend i zarapował (przepraszam wszystkich raperów) Common. Była to kolejna kategoria totalnie mnie nie obchodząca, bo każdy z nominowanych utworów był fatalny. Naprawdę, nie wiem kto je kurwa wybierał...

Cholernie przykro mi, że to nie Keaton otrzymał statuetkę za role pierwszoplanową męską. W sumie nie powinno to dziwić, w końcu Akademia kocha tak emocjonalnie wyprute, ale świetnie odzwierciedlone wizualnie role jak ta w "Teorii wszystkiego", jednak w głębi serca miałem nadzieję na ich rzetelność. Obserwując Redmayna na dywanie, garbiącego się i gibającego na wszystkie strony, można było zauważyć, że albo nie wyszedł jeszcze z roli, albo do samego końca chciał coś ugrać. Cwaniaczek.

Jednym z największych skandali było przyznanie nagrody "Grze tajemnic" za scenariusz adaptowany. Co prawda nie widziałem jeszcze "Wady ukrytej", ale "Whiplash" z pewnością był w tej kategorii lepszy. Znacznie lepszy. Do niezadowalających mnie decyzji Akademii dodam jeszcze brak nagrody dla "Jak wytresować smoka 2". Wkurwiłem się nie na żarty, bo Szczerbatek zasłużył sobie na wyróżnienie. Za to Oscar dla "Birdmana" za scenariusz oryginalny raczej cieszy, choć nie obraziłbym się też za Andersona, który i tak nie ma na co narzekać, bo jego "Grand Budapest Hotel" zawładnął wszystkimi artystycznymi kategoriami (scenografia, charakteryzacja, kostiumy, muzyka oryginalna).


Tak oto największym wygranym okazał się "Birdman". Zgarnął statuetki w najważniejszych dla filmowców kategoriach (scenariusz oryginalny, najlepsza reżyseria i najlepszy film) i rozłożył na łopatki równie wspaniały "Boyhood", za który tak mocno trzymałem kciuki. Choć film Linklatera ma wielu przeciwników, dla mnie jest to bardzo osobista podróż przez życie, wspaniały hołd ku zwyczajności, młodości i dojrzewaniu. Poza tym przywrócił do życia zapomniany w komercyjnym kinie gatunek jakim jest film obyczajowy i był kręcony aż 12 lat, dzięki czemu uczucie towarzyszące oglądaniu filmu z 2014 roku, w którym gra 32-letni Ethan Hawke było po prostu niepowtarzalne.

To co nas najbardziej interesowało zostawiłem na koniec. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się statuetki dla "Idy", byłem przekonany, że to rosyjski "Lewiatan" zostanie tym, który będzie opijał sukces na imprezie po zakończeniu części oficjalnej gali. Już pomijając fakt czy rzeczywiście polski film zasłużył sobie na statuetkę, jest to niesamowite wyróżnienie dla Pawlikowskiego i polskiego kina w ogóle. Jednak boję się trochę szału chuja, na który zachorują swojskie media i ogromna część naszego narodu. Przecież laureatem Oscara są nie tylko twórcy filmu, ale też Sebastian ze Skierniewic, pani Grażyna z delikatesów, ten łysy spod 14 i zapewne ty, drogi czytelniku. Polska mania zawłaszczania indywidualnych sukcesów jako narodowe, osiągnie w najbliższym czasie apogeum, bo w końcu janusze będą mogły stać się ekspertami w innej dziedzinie niż sport. To w sumie dobrze - serwisy i blogi filmowe rozkwitną. W końcu to NASZ sukces.


Przemowa Pawlikowskiego, choć chaotyczna, była bez dwóch zdań najciekawsza ze wszystkich, między innymi dlatego, że odbiegała znacząco od konwencji obranej przez te największe gwiazdy, czyli wyścigu o jak najbardziej skrajnie poprawny politycznie bełkot. Konkurs zaczęła Patricia Arquette, wykrzykując do mikrofonu hasła dotyczące rzekomej nierówności płciowej, po których Meryl Streep zaczęła skakać w swoim fotelu jak kangurzyca podczas ataku epilepsji. W odpowiedzi na to John Legend nawoływał do wypuszczenia z więzień czarnoskórych przestępców bo są... czarni, a całość zamknął wielki wygrany, czyli Alejandro Gonzalez Inarritu, który w odpowiedzi na ostry i męski żart Seanna Penna, wypomniał Stanom, że to imigranci stworzyli ich kraj. Przynajmniej było zabawnie.

Podsumowując - wychodzi na to, że zwycięzcami są filmy autorskie, daleko odbiegające od utartych, oscarowych schematów, bo choć mieliśmy w tym roku aż cztery biografie ludzi z życiorysem ważniejszym niż osiągnięcia wszystkich nas razem wziętych, zostały one oblane przez Akademię ciepłym moczem, dostając po jednej statuetce dla świętego spokoju. Może jest to znak, że te obśmiewane wielokrotnie za tandetność nagrody próbują zmienić nieco swoją konwencję na lepsze? Chyba czas najwyższy.


Na zakończenie chciałbym wspomnieć jak bardzo uradował mnie fakt, że Canal+ odkodował się na czas trwania gali oscarowej. Przed jej rozpoczęciem pomyślałem, że męczenie się z chujowym lektorem w zamian za darmową transmisję w HD z komentarzem Błażeja Hrapkowicza i Michała Walkiewicza to całkiem dobry deal, ale po wszystkim okazało się, że nie tylko Dolby Theatre tej nocy pełne było niespodzianek, bo z całej polskiej transmisji, najciekawszy był lektor, a w studio niemiłosiernie wkurwiali przekomarzający się eksperci, z czego Hrapkowicz starał się być merytoryczny, ale to babsko z TVN Style (które wspólnego z kinem ma chyba tyle, że lubi wpierdalać naczosy z serowym sosem) bez przerwy stroiło fochy. Na dodatek Walkiewicz wkurwił się i zażenował, postanowił, że to pierdoli i już po pierwszej, rozdanej nagrodzie studio opuścił. Swój chłop.

A jakie są wasze refleksje po 87 gali rozdania nagród Akademii?
Share on Google Plus

About Michał Gaca

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze:

Prześlij komentarz