Reboot z klasą

Marvelowi mutanci pojawiają się w kinach nieprzerwanie od 14 lat, co czyni X-manów najdłuższą filmową serią opartą na komiksach. Trylogia Bryana Singera ("X-men", "X-men 2" i "X-men 3: Ostatni Bastion"), była naprawdę dobra i przede wszystkim równa. Bardzo mało mieliśmy okazji podziwiać w kinie trylogie, albo nawet dłuższe serie, które były całościowo dobre, ze świetnym początkiem, rozwinięciem i zakończeniem (jak np. "Władca pierścieni"). Jednak przemysł filmowy jest zawsze głodny dolarów, więc od początku wiadome było, że tak dobrze zarabiający bohaterowie, będą powracać w kolejnych filmach. Tak oto pojawił się pomysł przybliżenia postaci znanych z komiksów o X-menach, w oddzielnych filmach przedstawiających historię każdego z nich z osobna. Pierwszym z zapowiadanej serii prequeli był oczywiście najbardziej znany i lubiany Logan w "X-men Geneza: Wolverine". Film był na tyle słaby i źle przyjęty, że żaden inny mutant swojej genezy się nie doczekał. Dopiero w 2011 roku, Matthew Vaughn ("Kick-Ass"), wziął się za prequelowanie serii Singera na poziomie, kręcąc "X-men: Pierwsza klasa", który to okazał się box-officowym hitem, pokochanym zarówno przez krytyków jak i publiczność. Nie tak dawno temu, bo w 2013 roku powtórzono zabieg alienowania Wolverina w oddzielnych filmach, ale skończyło się to jeszcze gorzej niż za pierwszym razem, więc producenci raczej podarują sobie kolejne próby. Jednak na czymś trzeba pieniądze zarabiać, a żeby nie ryzykować, warto by kontynuować sprawdzony patent. Tylko co zrobić kiedy były już sequele, były też prequele... Reboot? Bryan Singer, który odzyskał reżyserski stołek, postanowił zaskoczyć wszystkich i nakręcić film będącym wszystkim tym jednocześnie.


"X-men: Przeszłość, która nadejdzie", to taka trochę reżyserska próba wybielenia się z poprzednich (bardzo dobrych, ale zamkniętych) filmów, inwestycja w sprawdzony sposób zarabiania milionów na superbohaterach i gest przeproszenia się autorów z papierowym pierwowzorem, bo nareszcie filmowi X-meni mocno nawiązują do fabuły znanej z komiksu. 

Otóż w niedalekiej przyszłości, mutanci zostali niemal całkowicie zgładzeni przez niezniszczalne roboty projektu dr Bolivara Traska. Zjednoczeni w opresji Magneto i Profesor Xavier, decydują się wysłać Wolverina w przeszłość, aby zapobiegł temu wszystkiemu i ustawił bieg historii we właściwym, dobrym dla obydwu stron kierunku. Oczywiście okazuje się to trudniejsze niż mogło się wydawać na początku, sprawy się mocno komplikują, dzięki czemu my - widzowie, możemy spędzić w kinie tak przyjemne 130 minut.




Ci którzy czekali na wielki powrót starej gwardii znanej z trylogii Singera, mogą być trochę zawiedzeni, bo Ian Mckellen, Patrick Stewart, Halle Berry, Ellen Page czy Anna Paquin, w "X-men: Przeszłość, która nadejdzie" pojawiają się raczej jako mały dodatek, konieczne dopełnienie i milczące obiekty z plakatów promujących film. Główne role, podobnie jak w filmie Vaughna, należą do moich ulubionych aktorów młodego pokolenia, czyli Jamesa McAvoya, Michaela Fassbendera i Jennifer Lawrence, którzy jak zawsze wykonali swoją robotę fenomenalnie. 

Reżyser najbardziej zaskoczył mnie tym, że "Przeszłość, która nadejdzie" jest raczej nieczytelna bez znajomości poprzednich trzech części. Widocznie postanowił zaryzykować, przekonany o tym, że X-men to wielka, doskonale znana marka i tylko nieliczni nie wiedzą kto, z kim, jak, gdzie i w co... Przypuszczenia okazały się trafne, bo film zarobił tylko w weekend otwarcia aż 171 mln dolców.

Nawet jeśli ktoś nie bardzo wgłębia się historię mutantów, po seansie będzie raczej zadowolony, bo reżyser naszpikował film naprawdę zapierającą dech w piersiach scenografią, budzącą skojarzenia z najlepszymi grami komputerowymi, a John Ottman wzbogacił całość wzniosłą, ale dopasowaną muzyką. Natomiast tych, na których wrażenia nie zrobi efektowne i dość innowacyjne poprowadzenie linii fabularnej, z pewnością zadowoli Magneto zwiedzający stolicę USA, fruwając na RFK Stadium. 


Największym problemem nowej odsłony X-menów, poprzednich z resztą też, jest brak prawdziwego antagonisty, jakiegoś arcywroga - nieodłącznego elementu każdej komiksowej historii. Do tej pory mutanci borykali się z problemami natury politycznej. W "Przeszłości, która nadejdzie" nie ma czarnego charakteru wcale, bo Tyrion (Peter Dinklage) jako dr Task z racji swojej najbardziej znanej, serialowej kreacji i mówiąc poprawnie politycznie - nie wzbudzającej strachu posturze odbierany jest raczej pozytywnie, Magneto jest postacią romantyczną, którą spokojnie można polubić, a Mystique niby wredna i zawzięta, jest pełna wrażliwości i koniec końców staje się neutralna. Poza tym ma bardzo przekonujące do siebie cycki. Dlatego największe nadzieje wzbudza egipska scena po napisach końcowych, która zwiastuje przejście w stronę konwencji znanej z marvelowskich filmów tworzonych w studiu Disneya, bo wnioskuję z niej, że X-meni w końcu dostaną wroga na miarę swoich -wielkich przecież - możliwości. Nie chcę zdradzać więcej, ci interesujący się komiksami trochę bardziej, na pewno wiedzą o co chodzi. 

Kolejnym zwiastunem zmiany kierunku w sprawdzoną przez Disneya stronę, jest humorystyczna (i najlepsza w całym filmie) scena z Quicksilverem (Evan Peters) prezentującym swoje umiejętności podczas ucieczki Magneto z betonowego więzienia pod Pentagonem. Mistrzostwo świata.


Pewne jest to, że dzięki swojemu pomysłowemu zabiegowi wykasowania poprzedniego dobytku filmowego, Singer zapewnił sobie posadę na kilka następnych lat, bo "X-men: Przeszłość, która nadejdzie" jest wyraźną zapowiedzią kolejnej, długiej serii o znanych i kochanych mutantach. Nie wiem jak was, ale mnie Singer kupił swoim pomysłem na reboot serii. Lubię jak ktoś obchodzi się ze mną delikatnie i traktuje mnie jak stworzenie inteligentne, próbując stworzyć coś co trzyma się kupy, zamiast wtykać mi pod nos kolejne produkcje mówiące o tym samym, zmieniając jedynie aktorów (Spiderman, Batman, Superman) i trzymając się zasady widz=idiota, który będzie się jarał bez względu na wszystko. Brawo, panie rezyseze.


TYTUŁ: X-men: Przeszłość, która nadejdzie
REŻYSERIA: Bryan Singer
OBSADA: Hugh Jackman, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence
ROK PRODUKCJI: 2014

Share on Google Plus

About Michał Gaca

This is a short description in the author block about the author. You edit it by entering text in the "Biographical Info" field in the user admin panel.

0 komentarze:

Prześlij komentarz